Pochowani na Cmentarzu Powązkowskim


Manifestacja 27 lutego 1861 r. we wspomnieniach

Seweryn Gąsecki, [Pięciu poległych i ich pogrzeb]

(...) l tak, już bez żadnych przeszkód dotarłszy do Hotelu [Europejskiego - przyp. Sowa], złożyliśmy tam wszystkich pięciu poległych w jednym z numerów na trzecim piętrze.

Karawan tymczasem podążył dalej, tłum zaś obległ Hotel i cisnął się do wnętrza, aby zobaczyć ciała pomordowanych braci. Ustawiona jednak niezadługo warta nie dopuszczała nikogo.

Nad wieczorem rozeszła się pogłoska, jakoby Moskale zamierzali dla zatarcia swojej zbrodni napaść w nocy na Hotel i zabrać ciała. Patrioci postanowili nie pozwolić ich sobie wydrzeć bądź co bądź. Przez całą noc Hotel zapełniony był członkami Towarzystwa Rolniczego i młodzieżą, ten i ów zaopatrzył się nawet w pistolety, sztylet albo nóż. Na ulicy czuwał także tłum kilkotysięczny.

Trwało to dni kilka. Po dokonanej przez doktorów obdukcji i spisaniu protokołu dopuszczono nareszcie zwiedzających, przy czym porządek ani na chwilę nie został zakłóconym. U wejścia sformował się szpaler z obywateli, publiczność napływała bez ustanku, wpuszczana dwójkami przez schody główne, wypuszczana bocznymi.

Trzeciej nocy przenieśliśmy ciała do kościoła Św. Krzyża, gdzie też odprawionym zostało nabożeństwo żałobne. Przy tej sposobności kilku obywateli wystąpiło w kontuszach. a wszyscy w żałobie, nawet i Żydzi Delegacje włościan z Krakowskiego i Poznańskiego przybyły z chorągwiami. Przejazd dano im bezpłatny, jak również pomieszczenie w Hotelu Europejskim. Obywatele, suto tych miłych gości podejmując, sami im nawet usługiwali. A każda delegacja składała się z kilkudziesięciu osób, oprócz tego były także delegacje z różnych stron Kongresówki.

Na Saskim placu panie przypinały każdemu krepę u kapelusza i kokardki czarne na piersiach' Na drzewcach chorągwi cechowych pojawiły się białe orły.

Wszystkie zakony, nie tylko męskie, ale i żeńskie, wszystkie cechy, nawet druciarzy i Słowaków, całe duchowieństwo, nawet wyznań niekatolickich, słowem wszyscy w tym dniu wystąpili jak najuroczyściej. Podobno nawet duchowieństwo prawosławne zamierzało wystąpić także, gdyby je kto był zaprosił, ale nikt się z tym nie kwapił.

Na ulicach zgromadziły się tak wielkie tłumy, iż dla zabezpieczenia konduktowi pogrzebowemu swobodnego przejścia obywatele uformować musieli łańcuch po obu stronach ulicy. Łańcuch ten, poczynający się przy kościele Świętokrzyskim, sięgał aż do Powązek, a rozwiązywał dopiero w miarę mijania orszaku.

Obywatele rzędem na własnych ramionach nieśli, jedną za drugą, pięć trumien czarnych, wybitych srebrnemi gwoździami. Na każdej trumnie leżała cierniowa korona.

Pochód zatrzymał się na chwilę na placu Bankowym, gdzie na wzniesieniu oczekiwało nań duchowieństwo żydowskie w liczbie, o ile pamiętam, sześciu osób; po stosownym przemówieniu przyłączyło się ono także do orszaku wraz z tłumem Żydów. Zaraz za trumnami zamknięto rogatki i nikogo więcej nie przepuszczano, już się bowiem na Powązkach zgromadziło tyle ludu, że nikt więcej żadną miarą zmieścić się nie mógł.

Jak wiadomo, wszystkie trumny złożono razem w jednym wielkim wspólnym grobie, na którym publiczność własnymi rękami kopiec usypała. Na wierzchu tej mogiły ustawiono już zawczasu przygotowany krzyż, na którym zawieszone zostały zdjęte z trumien cierniowe korony.

Źródło

  • Umarli... znajomi... kochani... : Powązki 1790-1990 w poezji i prozie, [wybór i oprac. tekstów: B. Olszewska, H. Szwankowska, J. Waldorff], [Warszawa 1990].

Do góry

Szymon Katyll, Dzień 27 lutego 1861 r.

Dnia 27 lutego t.j. na trzeci dzień po demonstracyi na tynku Starego Miasta, przybyłem na kursa rano o 8-ej, jak zwykle. Poprzedniego dnia bowiem wstąpiłem do szkoły sztuk pięknych tylko na chwilę, a po uradzeniu z kolegami włożenia żałoby za uwięzionych: Cieleckiego, Nowakowskiego, Szachowskiego i Turowskiego, których brak wśród nas się okazał, udaliśmy się kilku na miasto. Tutaj na życzenie spotkanego hr. Załuskiego, rozbiegliśmy się po domach, wyszukiwać rannych na Starem Mieście.

Otóż przybywszy rano na kursa, zastałem już na sali kilku kolegów, - później zjawiło się ich więcej - ale o zabraniu się do pracy z powodu wzburzenia umysłów, wskutek doznanych w ostatnich dniach wrażeń i mowy nie było.

Najważniejsza, kwestyą chwili dla nas było smutne położenie naszych więźniów, którym trzeba było iść z pomocą. Nad tem debatowano właśnie, a rezultat narady - jak zwykle u młodych - był krótki: wymódz na policmajstrze Trepowie ich uwolnienie. W tym celu wszyscy - ilu nas było - ruszyliśmy do ratusza.

Na saskim placu spotkaliśmy Abramowicza, który nas zagadnął: - A dokądże "młódźce" tak ostro walą? Na naszą odpowiedź, że idziemy do "geroja" (rycerz) co to na Starym Rynku, "przy wodotrysku - dostał po pysku" pokręcił głową i odparł: - "Po co prosić?! Chodźmy lepiej do Karmelitów na żałobne nabożeństwo po zamordowanych w r. 1831, w tamtejszem więzieniu, stamtąd pod ratusz, walić kamieniami szyby w mieszkaniu Trepowa, a zmusimy go do uwolnienia naszych."

"Zgoda!" zawołano chórem - po czem ruszamy do Karmelitów.

Ponieważ idąc na Leszno, musieliśmy przechodzic mimo ratusza, pochód nasz nie uszedł uwagi policyi, która też wkrótce po naszem przybyciu zjawiła się przed kościołem w znacznej sile z Trepowem na czele.

Kościół był po brzegi nabity pobożnymi i do środka nie można się było dostać - dużo wiec ludzi stało na ulicy. Przeto i my stanęliśmy za nimi - mając za sobą stróżów bezpieczeństwa.

W jakiś czas potem spostrzegamy młodego człowieka, przeciskającego się przez tłum, jakby kogoś szukał, a zatrzymawszy wzrok w kierunku naszej gromadki i wymówiwszy z zadowoleniem dość głośno: "A są i sztuki piękne"! dodał "proszę panów do środka".

Na te słowa zwarta masa, tak na ulicy, jak i wewnątrz świątyni rozdzieliła się w jednej chwili, robiąc nam wolne przejście do środka.

Po skończeniu mszy, organy milkną, w kościele robi się cisza. Czas zacząć śpiewy. Zaczynam: "Boże coś Polskę" i aż do bis "Przed Twe ołtarze" wyciągam sam jeden, nie znano bowiem jeszcze wówczas tej tak rozpowszechnionej potem pieśni. Dopiero przy bis zagrzmiały organy, a w w ślad za tem tu i ówdzie ozwały się nieliczne głosy. Następne strofki poszły już znacznie lepiej, gdyż prawie cały kościół, wtórował. Na moją prośbę kanonik zaintonował suplikacye, które odśpiewano z różnymi dodatkami patryotycznymi, jak': "Królowo korony polskiej" i t.d.

Nagle przy głównem wejściu daje się słyszeć niezwykły ruch, przyczem słychać głosy: "rozstąpić się", a później "tu dom Boży, tu gwałtu robić nie wolno" - i równocześnie przed wielki ołtarz wpada kilku mężczyzn z paltami na rękach; ściągają z nas płaszcze, wyrywają uniformowe czapki, wsuwając natomiast inne - i tak przebranych uprowadzają boczną nawą na ulicę.

Tutaj uszykował się gęsty szpaler z publiki, odgradzając nas od policyi, wypartej już z kościoła.

W ciągu pochodu, idący obok mnie młody człowiek zainterpelował mnie o dalszy nasz program. Otrzymawszy zaś odpowiedź, że mamy iść do ratusza uwolnić kolegów więźniów, wyraził zdanie że może lepiej byłoby udać się na zamek królewski i z namiestnikiem traktować o to. Uznawszy słuszność jego zapatrywania, zgodziliśmy się na projekt pójścia do zamku, a chodziło o to, któremi ulicami iść - dodał: "najlepiej będzie skręcić na lewo, na ulicę Przejazd, to nastraszymy Muchanowa, który mieszka naprzeciw niej".

Ja bowiem proponowałem dostać się do zamku Krakowskiem Przedmieściem i wywołać tym sposobem większy efekt.

Ruszyliśmy ulicą Przejazd, potem Długą, U wylotu ulicy Miodowej wstrzymał pochód na chwilę jakiś powóz, który stanął nam w poprzek, a z którego wychyliła się postać niewieścia, zapytując się: co to za procesya? dokąd i w jakim celu dąży? Z objaśnienia danego jej przez nas wyrozumiała, że powinna i ona przyłączyć się do pochodu; bez namysłu wysiadła, a stangretowi kazała oddalić się z powozem. Ale z objaśnienia tego skorzystał i Trepow, który, asystując pochodowi przez cały czas z swoja komendą, stał w tej chwili na rogu ulicy i przysłuchiwał się uważnie. Skoro dowiedział się, o co idzie, odłączył się od pochodu i galopem popędził ulicą Miodową do zamku, aby uprzedzić namiestnika o naszej wizycie.

Na Starem Mieście zjawienie się nasze sprawiło nadzwyczaj dobre wrażenie: z pootwieranych okien panie powiewają chusteczkami, z bram zaś sypie się lud na Rynek jak mrowie. Ale idziemy dotychczas bez żadnych insygniów kościelnych, bo napotkany jedyny dotychczas kościół popauliński był zamknięty - śpiewem więc tylko budzimy czujność mieszkańców stolicy. Na rogu Rynku i ulicy Piwnej ukazuje się na balkonie jakaś pani z dość dużym obrazem, wyobrażającym Matkę Boską z dzieciątkiem Jezus, dając do zrozumienia, żeby go wziąć. Leon Frankowski i Teodor Riegier poskoczyli tam, a równocześnie dopadłem Fary i zdobyłem po stoczonej z zakrystyanem walce, duży drewniany krzyż i po upływie kilkunastu sekund stoję z nim na czele pochodu.

W chwili wyjścia z ulicy Ś-to Jańskiej na plac Zamkowy wysypuje się z bramy zamkowej kompania piechoty w pełnem pogotowiu bojowem i formuje do nas "front", zasłaniając sobą bramę. Uzbrojeni w świętości, nie zważamy na groźną postawę "kapuśniaków", lecz ze śpiewem na ustach, śmiało zbliżamy się ku szeregowi piechurów. Wtem daje się słyszeć tentent kopyt końskich, to z poza zamku od strony Nowego Zjazdu pędzi w pełnym galopie sotnia Kubańców, znanych w Warszawie pod nazwą "Czerkiesów", którzy zamykają przejście na Krakowskie Przedmieście.

Mamy zatem już dwa "fronty", jeden przed sobą, a drugi z boku, ale posuwamy się dalej naprzód ku bramie zamkowej. Jesteśmy już o jakie 20 - 25 kroków od piechurów, potrząsających karabinami i złośliwie uśmiechających się do nas, gdy zwracamy uwagę na brak natłoku, który dotychczas pochodowi towarzyszył. Oglądamy się, a tu prócz kilkunastu "naszych" i kilkudziesięciu uliczników miejskich, robiących miny do kapuśniaków, z kilkudziesięciotysięcznego przed chwilą tłumu niema nikogo na placu. Wszystko tłoczy się w ulicy Ś-to Jańskiej, Rynku i przyległych ulicach lub sieniach domów; widok bagnetów i nahajek ostudził ich zapał.

Rozczarowani i pognębieni widokiem tak niespodziewanego "fiaska" staramy się zebrać myśli dla powzięcia postanowienia, co czynić wypada dalej. Namiestnik naturalnie, nie raczy ukazać swego oblicza tak małej garstce "zatraceńców", o tem nie może być i mowy. Trzeba więc postąpić tak, żeby nie dać pozoru, że mieliśmy zamiar tu się zatrzymać. Nie zatrzymując się też ani na chwilę, zwracamy na prawo, ku rozciągniętemu o paręset kroków szeregowi Kubańców, którzy stali oddaleni jeden od drugiego o jakie 2 kroki, z czego można było wnosić, że uda się nam przedrzeć przez nich.

Postanawiamy, gdy zbliżymy się do szeregu, rozszerzyć swój pochód i starać się pojedynczo przebić, w nadziei, że, jeśli uda nam się ta sztuka, to kochani uciekinierzy przyłączą się znowu do nas i dalej pójdziemy przez miasto w tej samej ilości, jak przed wyjściem z ulicy Ś-to Jańskiej.

Stanęliśmy wreszcie oko w oko przed Kubańcami. Ale ponieważ obraz niosło teraz 3-ch ludzi, chodziło więc, aby ich przepchać naprzód, gdyż dla 3-ch była za wązka luka; w oczekiwaniu na nich ja nie przebijałem się, lecz stoję już za nimi. Obraz znajduje się już w połowie długości stojących obok siebie koni. Nadzieja przebicia ożywia nas gdy wtem podnoszą się z obydwóch stron duże olbrzymie ręce, chwytają za górną ramę obrazu, usiłując wyrwać go niosącym. Widząc, że trzej 17-to letni młodzieńcy nie zdołają oprzeć się dwom silnym drabom, składam krzyż swój na bruk, przyskakuję do nich, chwytam za obie boczne ramy i gwałtownem szarpnięciem oswobadzam obraz, ale bez górnej ramy, która wraz z jednym Kubańcem znajduje się na bruku.

Na ten widok odzywa się na prawem skrzydle komenda: "w nagajki"! i rozpoczyna się młocka. Podnosimy do góry kołnierze swych płaszczów, odzyskanych na Starem Mieście, okrywamy niemi głowy i twarze i cofamy się w kierunku studni, będącej na rogu ulicy Podwale i Placu Zamkowego, gdzie za dorożkami, które zatrzymały się tu dla napojenia koni, znajdujemy bezpieczną dla siebie twierdzę. Kubańcy wracają na zajmowane przed batalią miejsce. Zapanowuje względny spokój.

Po upływie kilku minut przedzieramy się w pojedynkę na Krakowskie Przedmieście i będąc o kilkadziesiąt kroków za szeregiem Kubańców, zaczyniony znowu śpiewać. Kozunie nawracają konie i galopem zabiegają nam drogę, zamykając ulicę tuż za kościołem Bernardyńskim.

I znowu spokój.

Po pewnym czasie rozlega się w kościele żałobne miserere i wysuwają się na ulicę Kapucyni, idący na czele konduktu. Kubańcy przypuszczają do nich szarżę i po krótkim świście nahajek oczyszczają na chwilę plac z "nieprzyjaciół".

Wkrótce słychać powtórne miserere i znowu ukazują się bure habity. Kozacy ponawiają szturm nahajki świszczą, ale mnisi nie ustępują i idą z krzyżem na czele.

Wtem jedno ramię krzyża opada na dół, a równocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk z tysiąca piersi, które nagie jakby z pod ziemi wyrosły. - Zbóje krzyż porąbali! Ze wszech stron posypuje się na kozaków grad pocisków z lodu i kamieni. Mnisi raz jeszcze cofają się do kościoła - a ordynans dowódcy galopuje z raportem do zamku. Niebawem zjawia się piechota i zamyka plac przed kościołem. Tym razem wyrusza pogrzeb w asystencyi jednego księdza i kilkunastu osób orszaku.

Piechota staje na czele konduktu, a Kubańcy zamykają go. Na ulicy rozlegają się głosy: "zbóje zamordowali na Starem Mieście w poniedziałek człowieka i nie pozwalają iść za jego pogrzebem - chodźmy!" I za plecami Kubańców sunie znowu masa ludu: zgromadzili się już uciekinierzy.

Otoczony wojskiem kondukt, znajduje się już opodal figury Matki Boskiej - naprzeciw domu Malcza, gdy w powietrzu rozlega się nagle echo salwy, brzęk szyb i przeraźliwy krzyk rannych i publiczności.

Dym zasłania dom Malcza, a po chwili ukazują się na murze ślady z opadniętego tynku. Kondukt rusza dalej. Zbliżam się do miejsca katastrofy: ze sklepu wynoszą dwa trupy ułożone na pakach towarowych - kierując się ku ważkiemu Krakowskiemi Przedmieściu, - to drugi kondukt. Chcąc przetok, przystanąłem na chwilę. Nadjeżdża dorożka, wioząca człowieka, dającego słabe oznaki życia; woźnica pyta: co ma z nim począć? "Wieźcie go na zamek - odpowiadam. Pojechał tam po namyśle. Przeciskam się przez tłum, żeby zobaczyć, co się stanie z niesionymi trupami. U wylotu ulicy Koziej nadjeżdża jakiś pułkownik, zatrzymuje konie i pyta, co się stało? Idący o parę kroków miody człowiek, jednym skokiem znajduje się na stopniu powozu, wymierza mu siarczysty policzek, zrzuca kaszkiet z głowy, mówiąc "zdjąć czapkę", poczerń niknie w tłumie.

Hotel Europejski oblegają tłumy, ścisk nie dający się opisać, z trudem przedostaję się do środka. W jednej z sąl I piętra, na ustawionych obok siebie pakach, spoczywają zwłoki dwóch ofiar. Na ich obnażonych piersiach widać krwawiące się jeszcze rany.

Płacz i jęki napełniają korytarze. Każdy z odwiedzających pochyla się z uszanowaniem nad zwłokami, całując ich rany. Kilku siwych starców z śladem krwi na sumiastych wąsach, klęcząc i złożywszy palce na krzyż, wykonywa głosem przenikającym do głębi serca przysięgę wiecznej zemsty wrogowi.

Wśród przybyłych zjawia się jakiś kadet w uniformie wojskowym; ktoś wymierza mu policzek, zrywa epolety, łamie pałasz, ciska na podłogę, depcze nogami!

Młodzieniec zalewa się łzami i woła wzruszony: "ja nie Moskal - ja Polak Panowie!" Nadchodzi na to jego znajomy i przekłada obecnym, że to syn najlepszych Polaków i sam gorący patryota.

"Ale w poszarpanem ubraniu nie może stawić ten młodzian przed swą władzą",- robi uwagę ktoś z tłumu i proponuje zaopatrzyć go w fundusze na wyjazd za granicę. Zewsząd sypią się hojne datki, a znajomy młodzieńca uprowadza z sobą wśród przeprosin obecnych temu zajściu.

Opuszczam przejmujące zgrozą miejsce i wydostaję się na ulice. Z rozmów, zasłyszanych tu i owdzie, dowiaduje się, że strzały miał spowodować jenerał Zabołockoj, który w czasie przejścia pogrzebu, stojąc oparty o stos kamieni złożonych na placu, miał dostać kamieniem w łeb od jakiegoś ulicznika. Zakomenderował do przechodzącego właśnie oddziału piechoty: "pali" (ognia), za nim zaś miał powtórzyć komendę dowódzca oddziału z dodatkiem: "w górę" (strzelać w górę) i dlatego to większa część strzałów poszła górą, trafiając tylko stojącego w oknie I-go piętra gimnazyalistę, gdy tymczasem dolne strzały przyprawiły o śmierć 4 osoby.

Źródło

  • Sz. Katyll, Dzień 27 lutego 1861 r. [w:] Manifestacye warszawskie w 1861 r. z dodatkiem "Śpiewów nabożnych" (1861), Warszawa 1916, s. 47 (fragment Książki pamiątkowej 40-lecia powstania styczniowego).

Do góry

Aleksander Kraushar, [Pięciu Poległych]

Pierwsze widome objawy zbudzenia się świadomości narodowej w nielicznych garstkach inteligencji grodu warszawskiego w siódmym dziesiątku ubiegłego stulecia poprzedził szereg sporadycznych faktów, jako rezultat fermentu umysłów, wywołanego odrodzeniem Włoch. Owe niewinne Kwiaty polskie, grywane przez orkiestrę Bilsego w Dolinie Szwajcarskiej, podczas których słyszano Mazurka Dąbrowskiego, witane zawsze przez tłumy z niesłychanym entuzjazmem, owe produkcje chemiczne z preparatem cuchnącej asafetydy1, demonstrowane w sali Teatru Wielkiego podczas zjazdu w Warszawie trzech monarszych sąsiadów, owe oblewania kwasem siarczanym sukien dam modnych i niemodnych na ulicach Warszawy, ów dzień 11 czerwca 1860 r. upamiętniony uroczystym pogrzebem jenerałowej Sowińskiej, wdowy po bohaterskim obrońcy Woli, w którym po raz pierwszy wzięli udział medycy Akademii Chirurgicznej pospołu z wychowańcami gimnazjum realnego, owa msza żałobna w kościele Sw. Krzyża zapowiedziana w pismach ocenzurowanych za spokój dusz: Adama, Zygmunta i Juliusza, ów obchód pamiątkowy trzydziestolecia powstania listopadowego, święcony naprzód w kościele karmelitów na Lesznie, a następnie wieczorem dnia 29 listopada 1860 r. tłumnym zebraniem i odśpiewaniem po raz Pierwszy na bruku warszawskim pod hasłem narodowym, lojalnego zrazu hymnu Felińskiego z r. 1825: Boże, coś Polskę, wszystko to były oznaki burzy, która niezadługo już miała rozegrzmieć po całym obszarze Polski i zgromadzić pod sztandary patriotyzmu narodowego zahukane długoletnią niewolą Rzesze.

(...)

Byłem podówczas uczniem klasy VIII gimnazjum realnego, jedynego w kraju zakładu szkolnego kierowanego przez fachowych przyrodników i matematyków, których większość zajęła następnie katedry Szkoły Głównej. Duch obywatelski, ożywiający tę zasłużoną w dziejach oświaty Królestwa instytucję, idzielił się i jej wychowankom. Budzili owego ducha młodzi kandyaci uniwersytetów - petersburskiego i moskiewskiego: Adolf Pieńkowski i Władysław Gołemberski, którzy świadomi zadania wychowawców młodzieży, nie ograniczali się wykładem zasad technologii chemicznej i formuł algebraicznych, lecz w godzinach od lekcji wolnych gromadzili ową młodziez u siebie i czytali jej, przez siebie wydany, przekład dzieła Augustyna Thierrego: O podboju Anglii przez Normandów, oświecali młdociane umysły ppularnym wykładem zasad ekonomii politycznej i odbywali z młodzieżą wycieczki po kraju, zwiedzając cukrownie, piece wapienne i kopalnie Zaglębia Dąbrowskiego, przeplatane chóralnym śpiewem: "Marsz, marsz Dąbrowski!" Przez nich to młodzież gimnazjum wchodziła w zetknięcie z młodymi prowodyrami ówczesnymi ruchu narodowego: Edwardem Jurgensem, Karolem Nowakowskim, Adamem Asnykiem, Karolem Majewskim, Janem Kurzyną, Bolesławem Dehnelem, Stanisławem Krzemińskim, Henrykiem Wohlem i z wielu innymi, których nazwiska zarejestrowała na swoich kartach historia nowoczesna krajowa.

(...)

Wśród grona młodzieży gimnazjum realnego działał wpływ znamienny żywiołów gorętszych, pełnych poświęcenia dla spraw i gotowości do działania na arenie szerszej.

Mieliśmy za towarzyszów spomiędzy głośniejszych w epoce pierwszych ruchów powstańczych takich: Leona i Romana Frankowskich, z których pierwszy na lekcje, chemii przynosił z sobą dzieło De la fabrication du poudre d canon; takiego Romana Rogińskiego, pierwszego, który w zaczątkach 1863 r. poniósł sztandar powstania na Litwę, i którego wspomnienia wydałem przed kilkoma laty w Krakowie; takich: Symeona Rapackiego, Grabowskiego, Bachmińskiego i wielu innych, którzy krwią własną okupili na polach Węgrowa i Babic miłość i poświęcenie dla kraju.

Przez nich to dochodziły nas hasła dawane przez akademików do obchodów pamiątkowych, w celu coraz szerszego oddziaływania na nieuświadomione narodowo masy ludności warszawskiej; za ich to wpływem rozwijały się. w nas myśli i poglądy obywatelskie jako wskazówka obowiązków patriotycznych wobec budzącego się i coraz szersze koła zakreślającego ruchu.

(...)

Dnia 25 grudnia 1860 r., w poniedziałek, dla upamiętnienia daty lutowej bitwy grochowskiej 31 roku, otrzymaliśmy w gimnazjum polecenie zgromadzenia się między godziną 5 a 6 po południu przed kościołem oo. paulinów na ulicy Freta wprost Mostowej. Już o tej porze grupa młodzieży, między innymi marymontczycy, otrzymała z piwnic kościoła pochodnie i drzewce z chorągiewkami o kolorach narodowych. Zanim to nastąpiło, przejechał w dorożce stojąc i trzymając się kozła ówczesny oberpolicmajster warszawski Trepów. Wtedy to trafił go w czoło rzucony z tłumu pocisk zmarzniętego błota. Sprawczynią była baba, przekupka ze Starego Miasta. Przewiązawszy czoło chustką od nosa i nie zmieniając pozycji, rozkazał Trepów dorożkarzowi pojechać przed Zamek, co ten z trudnością wśród zwiększającego się z każdą chwilą tłumu mógł wykonać.

Tymczasem rozpoczął się pochód manifestantów przy zapalonych pochodniach, chorągiewkach i bezładnym śpiewie chóralnym Boże, coś Polskę, podówczas jeszcze dokładnie wśród młodszego pokolenia nie znanym. Szliśmy ku Staremu Miastu. Było już ciemno. Pochód przedstawiał się uroczyście przy oświetlonych oknach na ulicy Freta i dzisiejszej Nowomiejskiej. Na rogu tej ulicy i Starego Miasta zatamował pochód oddział dość liczny żandarmów, podówczas kijowskimi zwanych, przybranych w niebieskie mundury i kaski blaszane podobne do kirasjerskich. Szarża obnażonych pałaszy nie powstrzymała zrazu kroczącego naprzód korowodu. Nastąpiło starcie. Broniły się tłumy zapalonymi pochodniami, którymi rażono w ślepia wystraszone konie żandarmskie, żołnierzy zaś drzewcami chorągiewek, po zdarciu z nich i schowaniu do kieszeni proporczyków. Chorągiewki owe przechowują do dziś dnia zbieracze pamiątek. Cześć energicznie atakowanych tłumów przedostała się przez sień kamienicy na Rynku i Dunaju narożnie stojącej na Szeroki Dunaj, reszta rozproszyła się. w kierunku ulicy Świętojańskiej, naciśnięta przez drugi oddział żandarmów. Kilkunastu manifestantów aresztowano, wielu z poranionymi głowami schroniło się do mieszkań prywatnych, gdzie ich obandażowano i zatrzymano gościnnie na nocleg. Wśród owego zamętu, nie wiadomo jakim cudem, popychany przez tłumy znalazłem się przed Zamkiem od strony Podwala. Zamek był strzeżony przez oddział piechoty rozciągnięty podłużną kolumną na lewo i prawo od bramy wjazdowej wprost ulicy Piwnej. Panował tam mrok, gdyż cześć latarń ulicznych była pogaszona, a w oknach dawnego siedliska królów nie było najmniejszego światełka.

Takim był przebieg pierwszej manifestacji ulicznej grudniowej 1860 roku.

Dnia 27 lutego 1861 roku otrzymaliśmy wezwanie, aby udać się o południowej porze do kościoła karmelitów na Lesznie, tam uczcić pamięć bojowników i ofiar niepodległości, następnie gremialnie skierować się w stronę Starego Miasta. Zgromadziło się nas liczne koło uczniów, akademików i rzemieślników. Po odśpiewaniu hymnów patriotycznych udaliśmy się w rosnącej stopniowo gromadzie przez Leszno, Przejazd i Długą, zapraszając publiczność trotoarami idącą lub jadącą dorożkami do towarzystwa.

Przechodnie na widok ciągnącego korowodu ze śpiewami z uszanowaniem zdejmowali kapelusze i czapki, chociaż tłumu nie poprzedzał zwykle przy podobnych procesjach noszony krzyż lub chorągiew.

Przy wejściu w ulicę Świątojańską tłum powiększył się znacznie przyłączeniem się staromiejskiego ludu. Wszystkie okna i lufciki domostw Starego Miasta i ulicy Świętojańskiej naraz się rozwarły, a z trzeciego piętra domu wprost katedry spuszczono obraz z wizerunkiem Chrystusa.

Podjął go kolega Leon Frankowski i podniósłszy wysoko skierował się wraz ze śpiewającymi hymn Święty Boże w stroną kolumny Zygmunta.

(...)

Gdy pochód uroczysty wyszedł na plac, z bramy zamkowej wysunął się oddział kozaków w kierunku Podwala i zagrodził procesji drogę do Krakowskiego Przedmieścia.

W tej samej chwili jedno z okien zamkowych wprost ulicy Świętojańskiej otwarło się na oścież i w nim ukazał się ówczesny namiestnik, książę Gorczakow, z kuratorem Okręgu Naukowego, Muchanowem.

Tłum, nie powstrzymany obecnością siły zbrojnej, ruszył dalej. Wówczas na dany z okien zamkowych znak rzucili się kozacy na niosącego obraz i zaczęli tłum prażyć nahajkami.

Wszczęło się chwilowe zamieszanie zwiększone okolicznością, że właśnie podówczas sprzed kościoła oo. bernardynów ruszał poprzedzany przez księdza i dziada kościelnego, krzyż niosącego, kondukt pogrzebowy.

Wśród popłochu uciekających przed nahajkami krzyż połamany został, co wywołało okrzyk oburzenia tłumów i głośne narzekania.

Nie wiem, jaką drogą znalazłem środek wycofania się z największego zamętu i przedostania się przez tłum w stronę Starej Poczty. Przed dawnym domem Malcza, stanowiącym kraniec nie istniejącego już dziś Wąskiego Krakowskiego Przedmieścia, dorożki zabarykadowały tłumowi dostęp do ulicy Trębackiej. Niewielu jedynie szczęśliwszych, a może sprawniejszych w sztuce umykania przed nahajkami - do nich i moje młodociane wówczas nogi należały - uszło niebezpieczeństwa wydostawszy się na ulice Trębacką.

Tam usłyszeliśmy huk strzałów broni palnej i ujrzeliśmy tłum w szalonym rozpędzie biegnący w stronę pałacu Namiestnikowego zebrani na naradą członkowie b. Towarzystwa Rolniczego właśnie wychodzili na ulicę, a na czele ich Andrzej hr. Zamoyski.

Wnet rozeszła się wieść o ofiarach salwy kozackiej. Padli ugodzeni kulami obywatele: Marceli Karczewski i Zdzisław Rutkowski, uczeń gimnazjalny Michał Arcichiewicz, robotnicy: Brendel i Adamkiewicz. Trupa ucznia gimnazjum, Arcichiewicza, poniósł tłum do pałacu Andrzeja hr. Zamoyskiego, gdzie spoczął w oficynie prawej na parterze, zanim go przeniesiono następnie do kościoła Św. Krzyża. Dwie ofiary podjął tłum z bruku i poniósł do magazynu mód sióstr Kuhnke w domu Malcza. Pozostałe powieziono do Hotelu Europejskiego, gdzie złożono je w numerze 64 i gdzie tłumy ludności wpuszczane przez akademików pociągnęły, aby oddać im w cichej modlitwie ostatnią posługę Gdy wśród zwiedzających ukazał się junkier Polak, powitano go okrzykami: Precz stąd! Junkier w rozpaczy odpiął pałasz i złamawszy go rzucił na podłogę.

Wieść o ofiarach i o walce ludu bezbronnego z wojskiem z szybkością błyskawicy rozległa się po mieście.

Rozjątrzenie ludności objawiło się tegoż dnia licznymi zbiegowiskami po placach i ogrodach miejskich.

Inteligencja wybrała salę dolną Resursy Kupieckiej na miejsce narad nad tym, co w danych okolicznościach uczynić by należało. Dostęp do Resursy miał każdy. Z zalecenia bankiera Leopolda Kronenberga urządzono stół z zasiłkami jadła i cygarami, aby zmęczone długimi dyskusjami tłumy mogły głód zaspokoić.

Z toku owych narad resursowych wyłoniła się delegacja obywatelstwa z poselstwem do namiestnika ks. Gorczakowa. Stanowili ją księża kanonicy - Józef Wyszyński i Józef Stecki, obywatele - Jakub i Teofil Piotrowscy, z literatów - Józef Ignacy Kraszewski i Józef Kenig, jenerał Lewiński, bankierzy - Kronenberg i Mathias Rosen, doktor Tytus Chałubiński, z kupiectwa - starszy Ksawery Szlenkier, fotograf Karol Bayer, mecenas August Trzetrzewiński, szewc Stanisław Hiszpański i rabin Meisels.

Władze miejscowe wobec ogólnego rozjątrzenia ludności opuściły ręce i zgodziły się na przyjęcie punktów zaproponowanych przez delegację obywatelską: 1) Pozwolić uroczyście pochować zwłoki ofiar. 2) Wojsko i policję z miasta usunąć. 3) Zatwierdzić wybraną delegację, która miała mieć pieczę nad porządkiem w mieście. 4) Uwolnić z więzienia wszystkich aresztowanych i 5) Usunąć ze stanowiska oberpolicmajstra Trepowa, a na jego miejsce mianować margrabiego Pauluzziego.

Podczas przygotowań do uroczystego pogrzebu ofiar 27 lutego 1861 r. redagowano adres do tronu.

Wiadomo, że proponowany przez margrabiego Wielopolskiego adres z żądaniem przywrócenia zasad konstytucji z r. 1815 w Królestwie pod względem jego autonomii administracyjnej był odrzuconym. Natomiast przyjęto projekt Edmunda Stawiskiego, którego treść czytano nam głośno w dzisiejszej cukierni Loursa, dawniej Contiego, w Hotelu Europejskim, która stała się punktem zbornym inteligencji miejscowej i młodzieży szkolnej, gdzie układano ceremoniał pogrzebu pięciu ofiar z przy-zwaniem do tej uroczystości całego bez wyjątku ludu warszawskiego.

"Najjaśniejszy Panie! - brzmiały lapidarne słowa pamiętnego adresu. - Wypadki obecnie zaszłe w Warszawie, stan wzburzenia umysłów, który je wywołał i po nich nastąpił, głębokie uczucie boleści, przejmujące wszystkich, skłaniają nas w imieniu kraju zanieść do Tronu Waszej Cesarsko-Królewskiej Mości prośbę w nadziei, że szlachetne serce Jego wysłucha głosu nieszczęśliwego narodu.

Wypadki te, od których opisu wstrzymujemy się, nie są wybuchem jakiejś oddzielnej warstwy narodu. Są one jednomyślnym gorącym objawem tłumionych uczuć i ie zaspokojonych potrzeb.

Długoletnie cierpienie narodu, od wielu wieków wolnymi instytucjami rządzącego się, pozbawienie go nawet wszelkiego organu legalnego, za pomocą którego mógłby bezpośrednio przedstawiać do Tronu i objawiać swoje życzenia i potrzeby, postawiły kraj w tym położeniu, że ofiarami tylko może głos podnieść, i dla tego też poświęca ofiary.

W duszy każdego mieszkańca tego kraju bije silne poczucie odrębnej wśród ludów europejskich narodowości. Poczucia tego ani czas, ani wpływ rozlicznych wypadków zniszczyć ani nawet osłabić nie zdołał. Wszystko, co je obraża i nadwyręża, do głębi wstrząsa i niepokoi umysły.

Widzi kraj z boleścią, ze gdy potrzeba ta nie została zaspokojona, powstał stąd brak zaufania, nieodzownego w stosunkach między rządzącymi a rządzonymi. Zaufanie to nie wróci, póki użycie gwałtownych a bezskutecznych środków represyjnych nie ustanie.

Kraj ten, równający się niegdyś stopniem cywilizacyjnym z innymi krajami Europy, nie przyjdzie do rozwinięcia swych moralnych i materialnych zasobów dopóty, póki zasady płynące z ducha narodu, jego tradycji i historii, nie będą przeprowadzone w Kościele, w prawodawstwie, w wychowaniu publicznym, zgoła: w całym społecznym organizmie.

Życzenia tego kraju tym są gorętsze, że w rodzinie ludów europejskich on tylko jest pozbawiony tych koniecznych warunków bytu, bez których żadna społeczność dojść nie może do poznania celów, dla których ją Opatrzność do życia powołała.

Składając ten wyraz cierpień i gorących życzeń naszych u stóp Tronu, ufni we wspaniałomyślność Monarchy, odwołujemy się z zupełną wiarą do głębokiego poczucia sprawiedliwości Waszej cesarsko-Królewskiej Mości."

(...)

Pamiętnym na zawsze w rocznikach grodu warszawskiego pozostanie dzień 2 marca 1861 r., owa chwila podniosła, gdy wszyscy mieszkańcy, wszystkie stany i wyznania, w zapomnieniu wszelkich uraz i kwasów wzajemnych, odziedziczonych z czasów niedoli i niewoli, naraz podali sobie nad grobem pięciu ofiar serdeczną dłoń pojednania. Gdzie indziej, w społeczeństwach mało kulturalnych, gdy spada choćby na chwile, z ujarzmionych karków dławiąca je niewola, radość z odzyskanego oddechu wolniejszego wyraża się w rozpasaniu wszelkich złych instynktów, w zawiści ubogich do zasobnych w dostatki, w czynach znamionujących zanik wszelkich cech cywilizacji i człowieczeństwa.

Jakże odmienny widok przedstawiała w owym dniu marcowym Warszawa!

Po raz pierwszy po długich latach ucisku gród nasz odetchnął powietrzem swobody, po raz pierwszy, po długich latach duszącego milczenia, wyrwał się. z piersi tysiąca okrzyk bólu i przedarł nieskrępowany do wszystkich zakątków kraju, lecz razem z tym okrzykiem rozgrzmiało hasło braterstwa wszystkich stanów i wyznań pod sztandarem miłości wspólnej ojczyzny.

(...)

Kto widział Warszawę w owym pamiętnym dniu, ten zachował na zawsze w duszy wspaniały obraz tłumów, posłusznych skinieniu malców pilnujących porządku pochodu pogrzebowego przez żałobnie przystrojone ulice. Kobiety, wszystkie bez wyjątku nosiły strój czarny, mężczyźni - w cylindrach do połowy pod wlos nastroszonych, co zastępowało krepę żałobną. Chłopcy i dziatwa w sukniach żałobnych. Balkony obwieszone były kirem. Dzwony kościołów jęczały ponuro, a wśród owej ciszy grobowej zaledwie gdzieniegdzie słychać było szept cichy lub też łkania spazmatyczne kobiet.

Wyruszywszy z kościoła Św. Krzyża kondukt żałobny otaczający pięć skromnych trumien, z wawrzynem i koronami cierniowymi na wiekach, skierował się poprzedzony bractwami i cechami, z rozwiniętymi i krepą przysłonionymi chorągwiami, przez plac Saski, Wierzbową, Bielańską, Nalewki w stronę Powązek. Wszystkie zakony, pomieszane z duchowieństwem ewangelickim, biskupi z pastorałami, bractwa ze świecami jarzącymi się w rękach poprzedzały kondukt.

Za trumnami szli duchowni żydowscy: Baer Meisels, dr Jastrow i Izaak Kramsztyk w otoczeniu chórów synagogalnych, a za nimi nieprzejrzane tłumy ludności wszystkich stanów.

Gdy kondukt stanął na cmentarzu, znalazł już grób wspólny osypany zielenią i wieńcami nieśmiertelników i wśród ciszy usłyszano wspaniałą mowę pogrzebową księdza Wojnarowskiego, po czym tłumy obecne posypały ziemią mogiły ofiar wybranych zrządzeniem losu tak dziwnie, iż każdy niemal stan miał między nimi swego przedstawiciela.

(...)

Powoli w tymże porządku, utrzymywanym przez straż obywatelską, akademików, marymontczyków, uczniów Szkoły Sztuk Pięknych i studentów odbył się powrót tłumów do miasta.

"Byliśmy świadkami - piał nazajutrz Kraszewski w naczelnym artykule swej "Gazety", jeszcze podówczas "Codziennej" - fenomenu rzadkiego w dziejach: połączenia się wszystkich klas i stanów kraju, ucichnienia namiętności, zwyciężenia uprzedzeń, cudownego podania sobie rąk i zbliżeni serc. Ten widok pamiętny nam będzie, lecz bodaj pozostał nie chwilowym objawem, ale trwałym początkiem tej zgody i braterstwa, w których imię przemawialiśmy zawsze i odzywamy się dzisiaj. Nic droższego i mocniej dowodzącego dojrzałości kraju nad objaw takiej jedności bez wyjątków, nad to zwycięstwo zasady i poczciwego uczucia nad ludzką ułomnością i maluczkimi uniesieniami obrażonych osobistości. Tylko miłość wskrzesza i buduje, tylko nienawiść rozprasza i obala..."

Głos wielkiego pisarza i obywatela nie był odosobniony w chórze dziennikarstwa miejscowego. Wszystkie pisma publiczne bez wyjątku podniosły fakt zbratania się tłumów nad mogiłami ofiar do godności znamiennej cechy odrodzenia moralnego i humanitarnego tego ludu, który sam przez czas długi był ofiarą sztucznie podniecanych waśni.

Tak przed pół wiekiem święcono na ulicach Warszawy pamięć poległych w dniu 27 lutego 1861 r.

Źródło

  • Kraushar, Pięciu poległych [w:] Warszawa w pamietnikach powstania styczniowego, oprac. i przedm. Poprzedził K. Dunin-Wąsowicz, Warszawa 1963, s. 163-173.

Do góry

Julian Wieniawski, Pięciu Poległych

Warszawie, a zwłaszcza w dzielnicach, zamieszkanych przez ludność rdzennie warszawską, mieszczańska, drobno przemysłową i robotniczą, wrzało jak \v ulu. Nastrój wszystkich tych warstw był jakby gorączkowy. Przed kościołem zaczęły się odzywać głosy, nawołujące do śpiewania pieśni patryotycznych, które w niezliczonej liczbie egzemplarzy, wraz z portretem Kilińskiego, rozrzucono miedzy przechodniów; głuche wieści zapowiadały na dni kilka przedtem zbiorowiska w kościele i na Starem Mieście. Jakoż dnia 25 lutego po raz pierwszy usłyszałem zaintonowane u OO. Karmelitów na Lesznie (dzisiejszym kościele N. P. Maryi) pieśni: "Bóże, coś Polskę" i "Z dymem pożarów".

Wychodzącym z kościoła młodzież szeptała do uszu, żeby się gromadzić wieczorem na Starem Mieście, a wkrótce hasło to rozeszło się po całej Warszawie i między stalą ludnością miejscową i miedzy przybyłymi z prowincyi.

Zaciekawieni podążyliśmy tam później już wieczorem. Zastaliśmy zaraz przy wyjściu na ulicę Ś-to Jańską tłumy ludzi; przecisnąwszy się do rynku Starego Miasta, niedaleko słynnej kamienicy Fukiera znaleźliśmy się w tak strasznym ścisku, że o wydobyciu się stamtąd pomyśleć nie było można. Wkrótce zjawi J a się żandarmerya konna, i policya, wzywając tłum do rozproszenia się; zjechał też ówczesny ober-policmajster Trepów, wzywając obecnych do spokojnego rozejścia się. W odpowiedzi ktoś z tłumu rzuci) nań kawałem zmarzniętego błota, ale zwarte szeregi ludzi i napływające wciąż masy ludu z uliczek, dotykających Staromiejskiej ulicy, czyniły wszelki ruch powrotny wprost niemożliwym.

Wtedy na rozkaz oficera, żandarmerya, dobywszy pałaszy, zaczęła płazować masy, zbite w jedną prawie kupę; oberwał tam wprawdzie i niejeden, co tylko na gapia przyszedł, ale, w rezultacie, błysk białej broni, krzyki strwożonych kobiet i nacieranie końmi na trotuary utorowały drogę źandarmeryi i policyi do środka rynku Starego Miasta i zapobiegł}1 dalszemu napływaniu ludu z uliczek bocznych, które w jednej chwili zamknięte zostały.

Po paru godzinach gęsty i zimny deszcz, czy też myła, jakaś przejmująca, dokonały reszty, i tłumy rozeszły się do domów.

Całą noc krążyły gęste patrole, niemniej jednak przez całą noc ruch uliczny nie ustawał, jedni bowiem szukali krewnych, inni znajomych, o których aresztowaniu przeróżne, acz przesadne wieści krążyły.

Wszystko to podniecało coraz więcej rozgorączkowane umysły i było jakgdyby przedwstępem do jakiejś poważniejszej akcyi.

Jakoż niedługo dala ona czekać na siebie.

Dnia 27 lutego odbywało się w sali Namiestnikowskiej ostatnie posiedzenie Tow. Rolniczego. Było to przed południem. Podczas dyskusyi ozwał się nagle glos na sali znanego mi Narzymskiego.

"Panowie tu sobie spokojnie o teoryach radzicie, a tam, na ulicach, krew się leje!"

Powstała straszna wrzawa na sali, wszyscy poruszyli się z miejsc i pędzili na Krakowskie Przedmieście, ku Placowi Zamkowemu, gdzie już tysiące ludzi gromadziło się przed zamkiem. Rozpędzanie tłumów nahajkami kozackiemi nie osiągało skutku. Tłum potężniał coraz więcej, wrzawa rosła, a wśród niej odzywały się tu i ówdzie pieśni pobożne i patryotyczne, nadające dziwny jakiś nastrój religijno-mistyczny całemu ruchowi. Tłoczyliśmy się trotuarem koło byłego domu Malcza (dziś już nie istniejącego), gdy nagle usłyszeliśmy szczęk broni maszerującego wojska i komendę, nakazująca strzelanie.

Wpadliśmy z Bolesiem Kłokockim do wąziuchnej sionki jednego ze starych domów na tej zwężającej się podówczas ulicy, gdy nagłe padły strzały...

Wśród grobowej ciszy, jaka w tej chwili zaległa zbitą masę ludu, zaczęły się przedzierać jęki kilku osób rannych; równocześnie, gdy wojsko maszerować zaczynało dalej ku Zamkowi, podniesiono z ziemi: Zdzisława Rutkowskiego, Marcelego Karczewskiego (obywateli ziemskich), inżyniera Wittego rzemieślnika, Karola Brendla i ucznia, Michała Arcichiewicza, owych pięciu poległych, których nazwiska krwawo zapisały ów dzień w kronikach 1861 r. Na noszach z lasek i parasoli dźwigała młodzież owe pięć ofiar, a za niemi kobiety, mężczyźni i masa młodzieży biegła, wołając o pomstę za niewinnych i maczając chusty w ich krwi, za sprawę ojczyzny przelanej. Wprawdzie były to ofiary, niestety, prostego wypadku tylko, bo mógł tak dobrze każdy zdobyć owa palmę męczeńską, ale manifestacja, krwią okupiona, wyzyskana była wspaniale przez tych, którzy ją dla pobudzenia ducha zorganizowali.

Zawrzało w calem mieście jedno hasło zemstv i nienawiści. Poległych złożono w salce Hotelu Europejskiego, i zaczęła się pielgrzymka tysięcy ludzi, pragnących rozpoznać nieszczęśliwe ofiary. Przez ulice, dotykające Hotelu Europejskiego, przecisnąć się nie było można. Cały plac Saski roił się od ludzi. Młodzi i starzy, matki i dzieci, wszystko, co żyło, wylęgało na ulicę, w jakiemś dziwnem rozgorączkowaniu, podniecanem jeszcze przesadnemi, jak zwykle, opowieściami naocznych świadków o setkach zabitych i śmiertelnie rannych. Był to istny sądny dzień na ziemi.

Wracaliśmy w kilku do hotelu Europejskiego, gdy nagle na trotuarze kobieta cudnie piękna, blada... przerażona... bezprzytomna prawie, biegła z załamanemi rękami wprost naprzeciwko nas.

"Czyście gdzie mego męża nie widzieli?" - zawołała rozpaczliwie.

Była to hrabina Władysławowa Kwilecka, która tego samego dnia do przybyłego razem z nami jej męża przyjechała, słysząc na prowincyi przesadzone nieco opowieści o rozruchach warszawskich. Nikt z nas narazie nie mógł dać jej jakiejkolwiek odpowiedzi, rozbiegliśmy się wszyscy po mieście i po półgodzinnej śmiertelnej trwodze odnaleźliśmy jej męża.

Przed Hotelem Europejskim rozgrywały się sceny pełne grozy i dramatyczności. Matki poszukiwały synów, żony mężów, siostry braci, a wszystko roznamiętnione, rozgorączkowane dziwnym jakimś szalem.

Tymczasem u prezesa Tow. Rolniczego odbywało się zebranie starszych członków Towarzystwa i kilkunastu korespondentów z prowincyi. W Resursie Kupieckiej zgromadzili się również wybitniejsi jej członkowie i po naradach w jednem i drugiem kole wybrano Delegacyę, złożoną z przedstawicieli różnych warstw społecznych, inteligecyi. arystokracyi, szlachty i mieszczaństwa, upoważniając ją do traktowania z księciem Gorczakowem o sposobach uśmierzenia wzburzonych umysłów.

Zgodzono się przedewszystkiem na uformowania straży obywatelskiej, do której powołano i starszych, i młodszych mieszkańców stolicy, znanych z usposobienia poważniejszego, pewnego u ludzi zachowania oraz przybyłych na posiedzenie Tow. Rolniczego obywateli ziemskich. Oznaczono każdemu z nas rewiry, w których nocą patrolować należało, i zalecono uśmierzanie wszelkich zbiegowisk hałasów i śpiewów, któreby przy podnieconym nastroju ludności starcie z władzą wywołać mogły.

Na pochwałę najmniej nawet oświeconej ludności Warszawy dodać należy, że zachowała się wobec nas z dziwną karnością i posłuszeństwem: o ile interwencya policyi drażniła i roznamiętniała tłumy, o tyle spokojnie, a grzecznie czynione przez nas uwagi osiągały natychmiastowy skutek. Przez całe noce, poprzedzające pamiętny pogrzeb, nigdzie prawie zajść żadnych nie było.

Nazajutrz po opisanych wypadkach prasa nasza, która dotąd uporczywie milczała w skutek zakazu cenzury, ogłosiła następującą odezwę Delegacyi obywateli m. Warszawy:

"W sobotę o g. 10 zrana odbędzie się pogrzeb"ofiar, poległych w dniu wczorajszym. W imię"miłości kraju, w imię najświętszych, najdroższych dla każdego z nas obowiązków wzywamy mieszkańców, by cześć, oddawana ofiarom tym w chwili pogrzebu ich ciał, odznaczała się najwyższą godnością, najwyższym spokojem.

Mieszkańcy Warszawy! wysłuchajcie tych słów braci Waszych!

Delegacya obywateli m. Warszawy.

"Ks. Wyszyński, ks. Siecki, jeneral Lewiński, Ksawety Szlenker, Leopold Kronenbcrg, Karol Bayer, Matias Rosen, Jakób Piotrowski, J. Ig. Kraszewski, Stanisław Hiszpański, August Trzetrzewiński, Józef Koenig, dr. Chałubiński".

Poza tą odezwą, umieszczoną na czele wszystkich dzienników, szła odezwa Namiestnika Królestwa:

"Wezwania Władzy, do ulicznych zbiegowisk ludu o rozejście się nie zostały usłuchane, i w dniu wczorajszym kompania piechoty, postępująca ku Krakowskiemu Przedmieściu, gdzie rzucono na nią kamieniami, dała ognia.

Celem wykrycia winnych tego nieszczęśliwego starcia zarządziłem śledztwo.

Nie będę tolerował gwałtów z żadnejbądź strony. Spokojni obywatele winni wogóle tłumnych zbiegowisk, obecnie częstokroć przez knowania niebezpiecznych podżegaczów wywoływanych, unikać i na wezwanie Władz wykonawczych rozchodzić się, dla zapobieżenia nieszczęśliwym wypadkom.

Mieszkańcy m. Warszawy, nie poddawajcie się zwodniczym zabiegom nieprzyjaciół porządku, starających się zaburzyć spokojność publiczną, usłuchajcie głosu człowieka, prawość którego w ciągu 30-letniego pobytu jego między wami mogliście ocenić.

podp. X. Gorczakow".

A dalej rozkazy, że z powodu słabości pułk, Trepowa obowiązki oberpolicmajstra powierzonemi zostały pułk. Demencal, i w ślad za tem rozkaz:

"Z polecenia J. O. Ks. Namiestnika, Warsz. Wojenny Generał Gubernator, podaje do publicznej wiadomości, że General Major Marg. Pauluzzi przeznaczony został na zawiadującego policyą warszawską

pod. Generał Adj. Paniutyn"

Były to pierwsze zmiany w administracyj. Nazajutrz Delegacya ogłosiła program pogrzebu, a w nr 58 i 59 "Gazety Codziennej" ukazał się śliczny opis tej wiekopomnej uroczystości.

Obawiano się daty 2 marca, wyznaczonej przez Delegacyę na pochowanie pięciu poległych.

Władza zamierzała przedsiębrać jak najrozleglejsze środki ostrożności, a nawet skonsygnowanie wojska. Natomiast Delegacya była temu jak najbardziej przeciwna, obawiając się poważniejszych już starć ulicznych, zapewniając jak najuroczyściej, że, jeśli udział policyi i wojska będzie stanowczo wykluczony, ona odpowiada za spokój w mieście i za niczem nie zamącony porządek.

Zgodzono się na to i rzeczywiście nie zawiedziono się ani na chwilę!

Nadszedł dzień 2 marca - jasny, ciepły, piękny, słoneczny - zdawało się, że sam Pan Bóg błogosławił tej uroczystości narodowej, a przyroda dodać jej blasku pragnęła.

Od rana wszystkie sklepy chrześcijańskie i żydowskie, wszystkie lokale publiczne były, jak na największą uroczystość, zamknięte. Lud warszawski i jego warstwy oświeceńsze, motłoch żydowski i przedstawiciele sfer najwyższych, wszystko przystrojone odświętnie, w jednym nastroju zgody i powagi, oczekiwało pochodu, którego program byt już naprzód przez Delegacyę ułożony, przez Władzę zatwierdzony i wszystkim prawie znany.

Niezliczone tłumy zaległy ulice Krakowskie-przedmieście, Czystą, Płac Teatralny, Bielańską i Nalewki, któremi kondukt, z kościoła św. Krzyża, po odbytem nabożeństwie, miał przechodzić. Mimo trwającej jeszcze zimy kalendarzowej, dzień ten był tak ciepły, tak słoneczny, że kobiety, jakby w lipcu, do figury były ubrane, a mężczyźni bez palt i z odkrytemi głowami kroczyć po mieście mogli.

Kolor czarny przeważał wszędzie, zaraz bowiem po manifestacyi 27 lutego proklamacye, rozdawane po ulicach, zalecały wszystkim mieszkańcom Warszawy żałobę narodową i przyodzianie czarnych czamarek, oblamowanych białą tasiemką na kołnierzu. Oporniejszjych, którzy się w cylindrach na ulicy ukazywali, doprowadzano do porządku, odwracając szczotką włos do połowy cylindra, który wtedy, jakby krepą obwiedziony, robił wrażenie żałoby.

Gęstym szpalerem, tworzącym łańcuch nieprzerwany rozstawiła się młodzież akademicka, sztuk pięknych i marymoncka po ulicach, któremi kondukt miał przechodzić, zostawiając środkiem ulic wolno obszerne miejsce dla przeróżnych korporacyi, cechów, starców i sierot Tow. Dobroczynności i uczniów wszelkich szkół, wreszcie duchowieństwa, postępującego przed trumnami, oraz rabinatu, idącego za zwłokami.

Nareszcie, kiedy dzwony kościołów obwieściły wyruszenie pochodu, zrobiła się cisza tak wymownie piękna i uroczysta, że w tłumie całym niemal uderzenia serc posłyszeć można było.

Na czele konduktu szły niezliczone bractwa z jarzącemi świecami, cechy z chorągwiami, zakony duchowieństwo z arcypasterzem Fijałkowskim, z biskupami Platerem i Deckertem na czele; w pewnym znów odstępie duchowni innych wyznań chrześcijańskich, rabini z kahałem, a wszystko zjednoczone bratnią miłością i przejęciem się ważnością chwili, która, jakgdyby odrodzenie się kraju i całego społeczeństwa, zwiastowała.

Poza tem płynęły niesione przez młodzież trumny ze zwłokami ofiar, czarne, skromne, z nazwiskami poległych, wybitemi na wieku srebrnymi gwoździkami, a mające za jedyną ozdobę palm}' męczeństwa, na krzyż na wiekach trumien złożone.

Poza ciałami poległych postępowała rodzina, bliżsi znajomi, zatem tłumy, nie tłocząc się bynajmniej, ale utrzymując jeszcze wzorowy porządek, jakgdyby się przed władzami tą właśnie karnością popisać pragnęły.

Najmniejszego zajścia, któreby porządek naruszyło, najmniejszego zgrzytu, któryby zamącił panującą między wszystkiemi warstwami i wyznaniami harmonię nigdzie nie było. Cały kondukt żałobny był pochodem narodu, oceniającego ważność i powagę chwili, manifestacyą pełną jak najbardziej uroczystego nastroju, który nieprzyjaciołom nawet imponować był w stanie.

Źródło

  • J. Wieniawski, Pięciu poległych [w:] Manifestacye warszawskie w 1861 r. z dodatkiem "Śpiewów nabożnych" (1861), Warszawa 1916, s. 33 (fragment Kartek z mego pamiętnika, Warszawa 1911)

Przypisy

  1. Roślina o cuchnącym zapachu, używana także jako lek.


Do góry